Alter Bridge, Like a Storm i Living Colour w Katowicach!

Już dwa razy amerykański zespół Alter Bridge odwiedzał nasz kraj w ramach festiwali, ale dopiero za trzecim razem przyjechał w roli headlinera. 16. listopada katowicki Spodek przyciągnął tłumy fanów załogi Mylesa Kennedy’ego i Marka Tremontiego. Niestety wielkie święto popsuło tragiczne nagłośnienie.

Pierwszym zespołem, który zameldował się na dużej katowickiej scenie zajmujące połowę płyty, był Like a Storm. To druga wizyta Nowozelandczyków w Polsce – w zeszłym roku występowali przed Black Veil Brides w warszawskiej Progresji. Pod względem wizerunku na pewno bardziej pasowali do wystylizowanych Amerykanów, niż do grania przed Alter Bridge, ale tutaj też dali radę. Choć pierwszy Chaos nie porwał ludzi do bardziej energicznych reakcji poza oklaskami, to już Never Surrender, kiedy wokalista Chris Brooks złapał za gitarę, rozkręcił publikę. Mimo, że nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia, to na Become The Enemy i Wish You Hell Like a Storm nawiązali fajny kontakt z publicznością, dzięki swojej szczerej żywiołowości scenicznej. A „rozbili bank” podczas coveru AC/DC TNT, kiedy wokalista nie tylko zszedł pod scenę, ale również przeskoczył barierki i wśród fanów odśpiewał resztę piosenki. Furorę też zrobił tradycyjny australijski instrument didgeridoo, na którym grał Chris Brooks podczas największego hitu zespołu – Love the Way You Hate Me. Szkoda tylko, że nagłośnienie pozbawiło mocy tego utworu, bo przy dobrze ustawionych perkusji i basie zabrzmiałby naprawdę potężnie, idealnie kończąc ten ledwie półgodzinnych, ale konkretny set. W każdym razie Like A Storm pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie, a po koncercie można było zdobyć autografy i zrobić fotkę z niezwykle sympatycznymi i uśmiechniętymi muzykami.

Alter Bridge, Like a Storm, Living Colour

fotografia własna

Następnie na scenę wyszli panowie z Living Colour. To bardzo zaskakujący wybór na support. Może ich przyjemna dla ucha mieszanka muzycznych stylów spod znaku heavy metalu, hard rocka, funku czy nawet hip hopu zdaje egzamin na Przystanku Woodstock, ale nie przed Alter Bridge. Nie zaprzeczę, że Vernon Reid zaprezentował kilka imponujących solówek gitarowych, a głos Coreya Glovera jest wciąż mocny jak dzwon, ale niestety strasznie nudzili. Dopiero w drugiej części koncertu publiczność nieco się ożywiła przy utworach Elvis Is Dead, Glamour Boys i przebojowym Cult of Personality. Występ zakończył się świetnym coverem The Clash Should I Stay or Should I Go, gdzie chyba wszyscy byli zgodni co do tego, że przyszedł czas na Living Colour, aby opuścili scenę. Nie twierdzę, że grali słabo, ale nie pasowali klimatem do gwiazdy wieczoru, ani poprzedzających ich chłopaków z Like a Storm.

Alter Bridge, Like a Storm, Living Colour

fotografia własna

Nic nie zapowiadało tragedii nagłośnieniowej, jaka wydarzyła się podczas koncertu Alter Bridge. Wiadomo, że supporty brzmią czasem lepiej, czasem gorzej (chyba taka sytuacja ma miejsce tylko w Polsce…) – przy Like a Storm było znośnie, a do Living Colour też nie można było się przyczepić. Jednak niedopuszczalne było to co się działo, kiedy występował Alter Bridge, jako headliner. Psujące się głośniki? Za głośna perkusja? Gitary raz słyszalne tak, że aż uszy bolały, a raz w ogóle. A znacie to wrażenie, kiedy słuchacie muzyki na słuchawkach, gmerając przy wtyczce i przez to pojawiają się zakłócenia? Takich „atrakcji” też nie brakowało… W pewnym momencie muzycy zrobili przymusową kilkuminutową przerwę, aby technicy jakoś ogarnęli sytuację. Nic to nie dało.

Ale chyba tylko Alter Bridge tak działa na ludzi, że nawet jeśli nagłośnienie okrutnie szwankuje, to fani potrafią im wszystko wybaczyć i mimo to nieźle się bawić. A zespół skroił znakomitą setlistę pod katowicki koncert. Usłyszeliśmy największe hity z każdej płyty Alter Bridge. Występ otworzył utwór z najnowszego albumu zespołu – Crows on a Wire. Z „The Last Hero” usłyszeliśmy również potężne (choć nie tym razem) The Other Side, Poison in Your Veins, My Champion i na bis przebojowe Show Me a Leader. Na tym ostatnim utworze publiczność chyba najbardziej szalała, a uroku dodawały biało-czerwone piłki rzucone w tłum, które zorganizował fanklub zespołu. Szkoda, że przez problemy techniczne nie usłyszeliśmy premierowo The Last Hero, który Alter Bridge musieli pominąć ze względu na przedłużający się koncert…

Alter Bridge, Like a Storm, Living Colour
fotografia własna
Setlista była wyjątkowo przekrojowa. Alter Bridge z „Fortress” zagrali Addicted to Pain, Cry of Achilles i Waters Rising z Markiem Tremontim w roli głównego wokalisty, który z łatwością zjednał sobie publiczność. Radiowe Ghost of Days Gone By i Isolation reprezentowały krążek AB III. Z kolei z „One Day Remains” otrzymaliśmy Broken Wings, po którym nastąpiła wspomniana przerwa oraz już poprawnie brzmiące Metalingus, gdzie Myles Kennedy bawił się w „crowd control”, a Open Your Eyes to już wokalny popis fanów. Set uzupełniły utwory z płyty „Blackbird”, czyli Come to Life, Ties That Bind, a także Watch Over You w połączeniu z Wonderful Life, gdzie wokalista z gitarą akustyczną oczarował publiczność swoim emocjonalnym wykonaniem. Szkoda, że podczas Blackbird znowu zawiodło nagłośnienie, bo to jeden z najbardziej epickich numerów Alter Bridge. Koncert zakończył żywiołowy Rise Today.

Mimo beznadziejnego nagłośnienia Alter Bridge wyszli z twarzą z całej sytuacji. Nie udawali, że nie ma problemu, nie robili dobrej miny do złej gry – widać było po muzykach, że jest im przykro, co udzielało się publiczności. I co ciekawe wiele osób wyszło z koncertu zadowolonych i uradowanych. Bardzo możliwe, że takie cuda sprawia urok Mylesa Kennedy’ego, którego nie da się nie lubić. Śpiewał, aż miło, bo jego głos na żywo jest naprawdę potężny. Niestety słabe nagłośnienie pozostawia niesmak po koncercie, który dla niektórych oddanych fanów miał być spełnieniem marzeń, a okazał się rozczarowaniem.

Magda Muszyńska