New Model Army zagrali w czeskiej Pradze! (relacja)

New Model Army jest zespołem szalenie popularnym w Polsce, dlatego trasa promująca najnowszy album pt. „Winter” wyczerpująco objęła nasz kraj aż sześcioma występami. My jednak postanowiliśmy nie czekać na pełny polski epizod (dzień wcześniej odbył się już jeden wyprzedany do ostatnich miejsc koncert w Poznaniu), ale sprawdzić kondycję koncertową NMA w Pradze – w jednym z najlepszych klubów muzycznych w tej części Europy, czyli Music Bar, który wchodzi w skład kompleksu zamkowego Lucerna zlokalizowanego w samym centrum czeskiej stolicy.

Więc w niedzielny wieczór zajechaliśmy na rynek do Pragi, zasiedliśmy przy stoliku na jednym z kilku balkonów w klubie i zaczęliśmy podziwiać na początku dość kontrowersyjny support. Nikomu nie znana wcześniej Calvera, to taki awangardowy one man show (przynajmniej do momentu, gdy w połowie zainstalował się perkusista z zestawem trzech bębnów i werbla). Z grubsza było dużo przesterowanego, gitarowego jazgotu i jakiejś głównie wykrzyczanej po czesku poezji, znaczy nic specjalnie wartego uwagi.

CALVERA

fot. Krzysztof Wakor

O 21:30 na scenę wyszedł Justin Sullivan wraz ze swoją obstawą w postaci: Michaela Deana (perkusja), Deana White’a (klawisze) i dwóch najbardziej charakterystycznych „żołnierzy”, czyli łysy brodacz Marshall Gill (gitara) i czerwonowłosy basista Ceri Monger. W sumie ten sam skład, który oglądałem ostatnio przy trasie promocyjnej płyty „Between Dog And Wolf”. Trzy lata temu, przy premierze tegoż krążka orzekłem, że NMA pięknie się starzeje, wydaje albumy dojrzałe, ale takie którymi nadal ma coś do przekazania. Tym razem przyszła pora na „Winter” – po spokojnej i balladowej poprzedniczce rzecz nieco mniej spójna i jednolita, ale za to znowu w wojowniczym i protestosongowym stylu Sullivana.

New Model Army

fot. Krzysztof Wakor

Zaczęli z grubej rury bodajże największym hitem z „Winter” właśnie, czyli przebojowym „Burn The Castle”. Publiczność od razu podłapała klimat sympatycznego spotkania z żywą muzyką w klubie, w którym scena sięga do kolan i nie uświadczy się ochrony czy barierek i w ten sposób rozpoczął się seans z grupą Justina Sullivana, który wokalnie – wprost mury przebija, śpiewa facet doskonale, koncert prowadzi jak największy frontman, a w setlistę wrzucił takie numery z 35.letniej historii swojego zespołu, że aż momentami można było w Lucernie odlecieć nie tylko na rękach publiki.

New Model Army

fot. Krzysztof Wakor

Zabrzmiało w sumie 21 utworów, w tym 1/3 całości „Winter”. Dla mnie prawdziwą sensacją było wykonane na żywo „Fate” z „The Love Of Hopeless Causes”, utworu który na płycie może gdzieś przemyka, a tu dzięki gitarowemu feelingowi dostał zupełnie nowe życie. Dawne dzieje przypomniały „51st State”, „White Coats”, „Poison Street”, „Family”, „Get Me Out”. „Być może następnym razem, żeby do was przyjechać, będziemy potrzebowali specjalne zezwolenie” – zagaił Sullivan nawiązując do Brexitu i aktualnej sytuacji politycznej w Europie, co na tle „Island” czy „Angry Planet” zabrzmiało niepokojąco. Na takie „Devil czy pieśń tytułową z nowej płyty też nie sposób było zostać obojętnym…

Nie będę pisać, że był to koncert moich marzeń. Ku temu zabrało „Green And Grey”, „Purity” czy „Here Comes The War”. Pozostał niedosyt, może i zamierzony? Gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał nad resztą polskich koncertów, to nie ma nad czym – tej jesieni będą miały miejsca dwie trasy-wydarzenia. Pierwsza to The Cure, drugą jest New Model Army – zresztą najważniejsza kapela obok The Cure w dziejach zimnej fali właśnie.

Paweł Kuncewicz