Deströyer 666, Ragehammer i Embrional zagrali w Zabrzu! (relacja)

Klub Wiatrak w Zabrzu posiada ugruntowaną pozycję na koncertowej mapie Polski. Na przestrzeni lat bywałam tam nie raz, więc to co ujrzałam w sobotę wieczorem nie zdziwiło mnie. Przed wejściem tabun ludzi ubranych na czarno, grzecznie kłębiących się w długiej kolejce. Wszyscy przyszli na Ragehammer, Embrional i gwóźdź programu – Deströyer 666.

Kontrola na bramkach szła na tyle sprawnie, że gdy zaczął pierwszy zespół, większość już trzymała się barierek. To krakowski Ragehammer wszedł z impetem i nawet nie musiał się specjalnie rozkręcać – publika sama z siebie przystąpiła do całkowitego samozniszczenia, które zafundował frontman.

Tymek Jędrzejczyk, bo o nim mowa, widać musiał się wyżyć po sierpniowej premierze płyty swojego pobocznego projektu Them Pulp Criminals z sekcji mroczne country. Energia i charyzma wokalisty wyłuszczyła szybkie, black/trashowe dźwięki. W ciągu 40. minut uraczyli spoconą od emocji publikę kąskami z ich jedynej płyty i demo. Wzorowy kontakt z publiką oraz muzyka wyciskająca poczytalność sprawił, że Ragehammer rozgrzał do czerwoności publikę dla następnego zespołu, czyli Embrional.

Ragehammer

fot. Henryk Michaluk

Niecierpliwie wyczekiwałam ich koncertu, jako że nie zdążyłam roztrzaskać sobie o nich uszu na tegorocznym Brutal Assault. Gatunkowo trochę odbiegali od kompanów podczas tego koncertu, i nie jestem pewna, czy to właśnie ich nie zgubiło. Death metal pomiędzy dwoma blackowymi, thrashowymi młotami przyczynił się do mojego smutnego rozczarowania występem gliwiczan. Ich ostatnia płyta „Devil Inside” zachwyciła, co potwierdzały liczne pochlebne recenzje, niektóre okrzykujące nową nadzieję polskiego death metalu. W sobotę jednak, mówiąc po ‘gombrowiczemu’: jak ma zachwycać, jak nie zachwyca? Może to nie był dobry dzień dla mnie na spotkanie z nimi.

Embrional

fot. Henryk Michaluk

Ale oto po otarciu sobie łez butelką piwa zabrzmiały pierwsze odgłosy szarpane ze sceny. Zaznajomiona z setlistą Deströyer 666 z ich koncertu dzień wcześniej w Warszawie już wiedziałam na co czekać. Po pierwszych dwóch utworach powietrze zagęściło się do tego stopnia, że ze wszystkich zgromadzonych spłynął pot, nawet po tych, co stali z tyłu klubu.

Tytułowy utwór z ostatniej płyty „Wildfire” wprawiał w ekstremalne pogo, a to był dopiero początek. Warslut co chwilę sygnalizował problemy ze sprzętem, które nie przeszkodziły jednak doskonale zabrzmieć „I Am The Wargod” czy motywom z „Cold Steel… For An Iron Age”. Australijczycy zaserwowali nam ładny przekrój swojej dyskografii, choć wydawać by się mogło, że będą raczyć publikę swoim ostatnim dziełem.

Deströyer 666

fot. Henryk Michaluk

Po „Lone Wolf Winter” panowie zeszli ze sceny i wrócili na bis prezentując zmienioną wersję specjalnie dla nas „Polish And Anti-Christ”. I na ten bis wracali tak jeszcze trzy razy, ściągając ludzi z baru i ogródka, co było naprawdę miłym zaskoczeniem. Ogólnie koncert przyjemny, obfity w repertuar, dobry kontakt z publicznością, ale… No właśnie, ale muszę przyznać, że jednak czegoś mi zabrakło. Deströyer 666 w sercu mym zajmuje wysokie stanowisko i ten koncert na pewno niczego nie zmieni, ale spodziewałam się co najmniej rozłożenia na łopatki. Może to Ragehammer sekretnie ukradli im część show, a może nastawiałam się na więcej kawałków z ich pierwszych płyt, tak jak inni nastawiali się na większą ilość nowych dzieci niszczycieli z Australii. Prawdą jest, że koncert ten pozostawił niedosyt, w związku z czym, pozostaje wyczekiwać ich rychłego powrotu.

Malwina Sikora

—————————————————————————————————————————————

Deströyer 666 generalnie znajduje się w czołówce moich ulubionych metalowych bandów. Nie wyrobiłem się w kwietniu na ich wyprzedany do ostatniego biletu koncert we Wrocławiu, więc wyjazdu na weekend na Śląsk nie mogłem sobie odmówić. W końcu to twórcy najlepszej, jak do tej pory płyty 2016 roku. Wiem, że w większości przeważają zwolennicy ich wcześniejszego etapu kariery – brutalnego i ciężkiego. Ale moim zdaniem klasa z Australijczyków wypłynęła dopiero na dopieszczonych do granic produkcji „Defiance” i „Wildfire” właśnie. Deströyer 666 aktualnie korzysta z najlepszych wzorców – słychać tam patenty Slayera, Bathory, Metalliki z czasów „Ride The Lightning”, ale wprowadza w nie swój własny feeling. A jest to feeling niesamowity! Może przyczyną jest pochodzenie kapeli. Wszak niewiele zespołów z Australii zrobiło światowe kariery, ale jeśli już coś stamtąd wypłynęło, to zawsze były to osobliwości posiadające zupełnie inny sposób myślenia o muzyce, niż reszta świata. Na czym zresztą świetnie wychodziły.

Pojechałem do Zabrza na Deströyer 666, a odkryłem Ragehammer. Znaczy może i nie do końca odkryłem, bo zawartością dużego debiutu „The Hammer Doctrine” katuję się od jakiegoś czasu z jak największą przyjemnością, ale koncertową odsłonę kapeli zostawiłem sobie do odsłuchu dokładnie na teraz. A był to totalny miazgator. To co odwala wokalista Heretik Hellstörm (bardziej znany jako Tymek), to kawał doskonałej scenicznej roboty. Myślałem, że taki mosh i sposób prowadzenia koncertu zobaczyć w dzisiejszych czasach można już tylko na Youtubie na video Acid Drinkers czy Sepultury z początków lat 90. Robiąc mały research do tego materiału, mojej uwadze nie umknął fakt, że Tymek urodził się 27 września 1986 roku, czyli dokładnie w dniu w którym zginął Cliff Burton. Nie jestem wierzący, ale w tym przypadku jakaś cząstka showmeństwa chyba zrobiła wędrówkę dusz. Ragehammer jest zespołem, który w najbliższym czasie wiele namiesza. Zobaczycie.

Ragehammer

fot. Henryk Michaluk

Embrional zagrał mrocznie, klimatycznie, gitarowo. Dlatego znalazł się w dziwnej sytuacji po Ragehammer, który wręcz rozniósł Wiatrak energią, a Deströyer 666, na który wszyscy czekali. Szczęśliwie zdecydowanie większa część publiczności nadal stała pod sceną, ale ogródek i bar również zapełniły się do syta.

Embrional

fot. Henryk Michaluk

Deströyer 666. Potęga, styl, klasa. To znajduję na ich płytach, dlatego na mój pierwszy D666 live parłem z jęzorem na wierzchu. Jak się okazało, miałem nieco wybujałe wyobrażenia o scenicznym wcieleniu załogi Warsluta. Do tego taka niby profesjonalna kapela, tymczasem na merchu nawet nie było ich płyt (marzyłem o winylu „Wildfire”), a niektóre rozmiary koszulek skończyły się… dzień wcześniej w Warszawie. Całe szczęście na polski epizod trasy przygotowano specjalny t-shirt pt. „Polak Attack”, więc chociaż zadowoliłem się tym. Sam koncert mimo problemów technicznych, które wystąpiły w kilku momentach był udany, poprawny, dobrze odegrany i w sumie nie byłoby się do czego doczepić, gdyby nie setlista. Na „Wildfire” nie ma ani jednego słabego dźwięku, do tego na żywo wypada to naprawdę rewelacyjnie, więc żeby zagrać tylko trzy numery? Gdzie „Blood For Blood”, który jest mega hitem? Albo miejsce jeden hymn z serii podniosłych „A Sermon To The Dead” lub „Tamam Shud”? Cenię wszystkie płyty D666, ale w trakcie występu miałem poważne wątpliwości, czy aby przypadkiem się nie nudzę.

Deströyer 666

fot. Henryk Michaluk

Deströyer 666 koniecznie jeszcze kiedyś muszę zobaczyć celem porównania do innego setu. Tymczasem w Zabrzu mordercą okazał się Ragehammer. I mam nadzieję, że seryjnym, a każda kolejna jego zbrodnia będzie coraz bardziej wyrafinowana.

Wielkie dzięki dla organizatora, czyli Into The Abyss za danie tymi dwoma koncertami (Warszawa, Zabrze) szansy na zaliczenie D666 w tym roku wszystkim, którzy w kwietniu nie załapali się na wrocławski gig!

Paweł Kuncewicz