Rammstein na Capital of Rock we Wrocławiu (relacja)

Pierwsza edycja festiwalu Capital of Rock organizowanego w ramach cyklu Europejska Stolica Kultury Wrocław 2016 przyciągnęła na wrocławski stadion ponad 40 000 fanów nie tylko z całej Polski, ale także m. in. z Czech i Niemiec. Rammstein zaprezentował się znakomicie, ale nie można też pominąć występów Limp Bizkit, Gojira, czy Red.

Festiwal rozpoczął się ok godziny 16:30 koncertem polskiego zespołu OCN, który zaprezentował się dobrze, ale pod sceną nie było w tym czasie zbyt wiele osób. Miałem też wrażenie, że było za cicho. Podobnie było z zespołem Red, który mimo wszechobecnego upału, swoim chrześcijańskim rockiem zgromadził pod sceną nieco więcej osób. Oba zespoły stanęły na wysokości zadania i, nie wiem czy to dobre słowo, rozgrzały fanów przed koncertami gwiazd wieczoru.

Capital of Rock
fot. materiały od widza

Kolejną gwiazdą miał być Bullet for my Valentine, ale przez panujące w Japonii tajfuny, musieli odwołać swój występ w stolicy dolnego śląska. Organizator, agencja Rockloud, stanął na wysokości zadania i w ciągu 2 dni ogłosił zastępstwo – zespół Gojira. Wielu fanów, w tym ja, było zdecydowanie z takiego rozwiązania zadowolonych. Francuzi żartobliwie zaprezentowali się jako zespół, który zastępują co wywołało ogólne rozbawienie. Koncert był rewelacyjnie nagłośniony, co na większości stadionów nie jest częstym zjawiskiem. Wszystkie sekcje było słychać rewelacyjnie, nic się nie zlewało a perkusja i wokal, co w przypadku Gojira jest bardzo istotne, brzmiały ze sobą idealnie. Panowie jak zawsze pokazali co potrafią i dali z siebie 100%, co zdecydowanie wywołało zadowolenie wśród fanów.

O 20:30 przyszedł czas na Limp Bizkit. Występ był dobry, ale niestety nie rewelacyjny. Coś się podziało z nagłośnieniem i nie było ono już tak zestrojone jak na poprzednich zespołach. Usłyszeliśmy największe hity zespołu, które Fred Durst przerywał „rozmowami” z publicznością. Początkowo było to fajne i zabawne, zwłaszcza gdy, żartobliwie wykrzyczał: Ladies and Gentelmen, we are Rammstein! (Panie i Panowie, jesteśmy Rammstein!) po czym zaśpiewał akustycznie fragment „Du Hast”. Kolejnym bardzo zabawnym momentem było pytanie: „What should we play now?” („Co mamy teraz zagrać?”). Fani bardzo szybko odpowiedzieli, znanym i lubiany w Polsce okrzykiem: „nap*****lać, „nap*****lać, nap*****lać!”. Odniosłem wrażenie, że Fred wiedział co to oznacza ale udawał, że nie rozumie i powiedział: „Stop Mandela? Stop Mandela? Nelson Mendela was a nice man. What do you want from Nelson Mendela?” (Nelson Mendela był dobrym człowiekiem, Co od niego chcecie”). Redneck z Jacksonville trochę za bardzo się rozgadał, co nie każdemu musiało się spodobać. Pomijając ten drobny fakt, miło było znowu usłyszeć największe hity zespołu, takie jak Hot Dog, Rollin’, czy Break Stuff.

Capital of Rock

fot. materiały od widza

Po godzinie 23 przyszedł czas na występ niekwestionowanej gwiazdy wieczoru, czyli grupy Rammstein. To była definicja niemieckiej precyzji w najczystszym wydaniu. Scenografia składająca się z wielu elementów, takich jak: ruchome platformy, czy nietypowe elementy oświetlenia, robiła ogromne wrażenie. Podobnie było z elementami pirotechnicznymi na scenie oraz na płycie stadionu. Wybuchy, fajerwerki, miotacze płomieni to standardowe elementy każdego koncertu Rammstein. Wszystko tutaj było perfekcyjne w każdym calu. Można to porównać do przedstawienia teatralnego, w którym każdy szczegół zaplanowany jest co do sekundy. Podczas tego wydarzenia nie zabrakło takich hitów jak Engel, Hallelujah, Reise, Reise, czy America, a także cover Depeche Mode – Stripped. Nie zabrakło również najbardziej oczekiwanych przez fanów kawałków z płyty „Mutter”, m. in.: Ich will, Du hast, czy Sonne, podczas którego pokaz możliwości pirotechnicznych zespołu po prostu powalił. Elementem godnym uwagi była akcja zorganizowana przez polski fan club Rammsteina. Podczas Seemann stadion miał przypominać świecącą flagę. Płyta miała świecić na czerwono, podczas gdy trybuny – na biało. Niestety, nie do końca się to udało, ponieważ koloru czerwonego było stanowczo za mało.

Podsumowując, pierwsza edycja Capital of Rock wypadła muzycznie bardzo dobrze i z chęcią wybiorę się na kolejną.

Autor: Mariusz Kapcia