Blues Pills w katowickim MegaClubie! (relacja)

Blues Pills szybko powrócili do Polski. Rok temu amerykańsko-francusko-szwedzka formacja zagrała w Warszawie oraz Krakowie, a teraz przyszedł czas na Wrocław i Katowice, gdzie zaprezentowali swój najnowszy materiał z albumu „Lady in Gold”, który ukazał się na rynku 5 sierpnia. Zapraszamy do przeczytania relacji z katowickiego koncertu, który odbył się w MegaClubie.

Przed gwiazdą wieczoru na scenie katowickiego Megaclubu swoje przysłowiowe pięć minut miał zespół RusT. To moje pierwsze spotkanie z tą grupą i przyznam, że wywarli na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Michał Przybylski ze swoimi długimi blond włosami opadającymi na twarz imponował znakomitym wokalem, wczuwając się bardzo w energetyczne rock&rollowe i hard rockowe dźwięki, które jak na MecaClub brzmiały przyzwoicie. To zasługa dźwiękowca, który ambitnie kursował między sceną, a konsoletą, aby wyciągnąć jak najlepsze brzmienie zespołu, bo niestety w katowickim klubie zawsze jest problem z dźwiękiem. Na szczęście ta walka się opłaciła, bo RusT z coraz lepszym udźwiękowieniem rozkręcał się, co zaowocowało również bardziej spontanicznym reakcjami publiczności przybywającej sukcesywnie na koncert. Poznaniacy, którzy również grali dzień wcześniej we Wrocławiu przed Blues Pills, pokazali się z bardzo dobrej strony, grając z zaangażowaniem, z mocą i fantazją, co rozgrzało publikę, która może nie była do końca zainteresowana muzyką „rust&roll”, jak sympatycznie siebie określają, ale miała okazję posłuchać dobrych riffów, które jak najbardziej są godne polecenia znajomym.

Rust

fot. Mariusz Kapcia

Blues Pills wyszli na scenę nietypowo, bo najpierw przywitali się z publicznością, a dopiero potem wybrzmiał przebojowy utwór „High Class Woman” oraz „Ain’t No Change”, gdzie Elin Larsson miała okazję zaprezentować próbkę swoich umiejętności wokalnych. Piękna wokalistka oczarowała swoją wspaniałą barwą głosu w „Black Smoke” i „Little Sun”. Zespół nie tylko stworzył niezwykły klimat spokojniejszymi piosenkami w czasie swojego występu, ale również potrafił dać czadu na scenie, jak podczas numerów „Bliss” czy przycisnąć zaskakująco ciężkim „Astralplane”.

Blues Pills to zespół, który nie tylko dobrze się słucha, ale też przyjemnie się ich ogląda. Szeroki uśmiech Larsson potrafi zwalić z nóg nie jedną osobę, ale również Dorian Sorriaux przyciąga uwagę swoim wyjątkowym stylem grania na gitarze. Pochłonięty muzyką sprawia wrażenie nieobecnego podczas koncertu, smyrając, a nie szarpiąc struny. Jakby się obserwowało artystą w czasie pracy, malującego barwny obraz gitarowymi dźwiękami. Na myśl od razu przychodzą rysowane okładki płyt, które dobrze się komponują z twórczością zespołu.

Blues Pills

fot. Mariusz Kapcia

Dopiero w połowie koncertu Blues Pills zdecydowali się zagrać na żywo utwory z nowej płyty „Lady in Gold”. Co ciekawe to właśnie do tych najnowszych piosenek katowicka publiczność reagowała najbardziej żywiołowo, klaskając, a nawet śpiewając słowa. „Lady in Gold”, „Little Boy Preacher” i „Burned Out” rozbujało fanów zespołu, a “Gypsy” (to akurat z debiutanckiej płyty “Blues Pills”) oraz “You Gotta Try” porwało ludzi do większej aktywności. Z kolei „Elements and Things” prowokował do klaskania w rytm, a w tym czasie Dorian Sorriaux popisywał się kolejną olśniewającą solówką.

Niby na koncert Blues Pills nie stawiło się zbyt wiele ludzi (może połowa klubu była wypełniona), ale jak przyszło do wywoływania zespołu na bis to fani zgotowali wielką owację trwającą kilka minut, aby jeszcze raz zobaczyć grupę na scenie. Nawet wokalistka pochwaliła publikę, która stworzyła tą niezwykłą atmosferę, gdzie mogła się wytworzyć niepowtarzalna chemia między fanami, a zespołem. Podczas bisu serca wszystkich słuchaczy podbił cover Jefferson Airplane – „Somebody to Love”. A na zakończenie Blues Pills zagrali „Devil Man”, gdzie Larsson dała pokaz swojego uderzająco mocnego wokalu, który zrobił ogromne wrażenie.

Blues Pills

fot. Mariusz Kapcia

Ten wieczór z Blues Pills zaliczę do udanych. Występ wypełniony był znakomitą muzyką z pogranicza bluesa, psychodelicznego rocka i hard rocka, przyprawioną nieziemskim głosem Larsson. I nawet często zawodzące nagłośnienie katowickiego MegaClubu udało się opanować, więc słuchanie utworów grupy sprawiało dużą przyjemnością. Oby szybko do nas wrócili, bo warto ich zobaczyć, choćby dla urody i zniewalającego głosu wokalistki.

Autor: Magda Muszyńska