Kraków Live Music Festival – Muse (relacja)

Podczas ostatniego dnia Kraków Live Music Festival, nazwanego przez organizatorów „One Extra Day” niemalże bez przerwy padał deszcz. Mimo kiepskiej pogody już na dwie godziny przed rozpoczęciem koncertów, pod sceną zaczęli się ustawiać fani zespołu Muse, którzy miesiąc temu nawet nie marzyli, że zobaczą swoich idoli w Polsce. Ale organizator festiwalu, Alter Art, sprawił wszystkim miłą niespodziankę w ostatniej chwili dokładając słynne trio z Anglii, które podbiło serca krakowskiej publiczności.

Supportem, który rozpoczął swój występ chwilę po godzinie 19.00 był dobrze wszystkim znany, choćby z tegorocznej edycji Męskiego Grania, Organek. Twórczość wokalisty nie była obca fanom, którzy dostali to, po co przyszli. Koncert, podczas którego prawie nikt nie przejmował się padającym deszczem, rozpoczął się spokojniejszymi kawałkami, aby z czasem podkręcić tempo. Kto chociaż raz był na koncercie Organka, wie o czym mówię. Wszystko było od początku do końca, jak należy. Nie zabrakło takich hitów jak „O, Matko”, czy „Głupi ja”. Organek dobrze rozgrzał publikę przed gwiazdą wieczoru.

Muse

fot. Z. Sosnowska (alterart.pl)

Muse zaczął z lekkim opóźnieniem, ale warto było na nich czekać, nawet w zacinającym deszczu. Na telebimie w tle pojawił się film z sierżantem („Drill Sergeant”) zapowiadający kawałek „Psycho”. Fani grupy próbowali przywitać chłopaków z Anglii kartkami z napisem „Welcome Back”, ale na nieszczęście całe zamokły i z całej akcji nic nie wyszło.

Tak się złożyło, że krakowski koncert Muse był ostatnim na trasie promującej płytę „Drones”, więc nie mogło zabraknąć kilku utworów z tej produkcji, między innymi wspomnianego wyżej „Psycho”, a także „Dead Inside”, „The Handler” i „The Globalist”, podparte przebojami z poprzednich albumów. Ciężko wyobrazić sobie ich koncert bez „Uprising”, „Time Is Running Out”, czy „Supermassive Black Hole”, które zabrzmiały znakomicie.

Muse

fot. M. Stolarska (alterart.pl)

Występy Muse należą do najbardziej widowiskowych na świecie, więc nie obyło się bez efektownych atrakcji dla publiczności. W trakcie „Starlight” na płytę wypuszczono wielkie balony wypełnione kolorowym konfetti. Z kolei pod koniec „Mercy” w powietrze wystrzelono barwne serpentyny, które wyglądały przepięknie.

Po ostatniej piosence, jaką była „Knights of Cydonia”, Matthew Bellamy podziękował publiczności i złożył obietnicę mówiąc: „See you soon, Poland”. Dobrze dobrana setlista, połączona z efektami wizualnymi i idealnym nagłośnieniem, sprawiły że ten krakowski występ na długo pozostanie w pamięci wszystkim fanom zespołu. Muse to klasa sama w sobie i to co zrobili na scenie było jak zawsze na najwyższym poziomie. Miejmy nadzieję, że wspomniane wyżej „soon” nadejdzie bardzo szybko!

Muse

fot. Z. Sosnowska (alterart.pl)

Podsumowując, organizacja festiwalu stała na bardzo wysokim poziomie. Rozmieszczenie stref, sanitariatów czy pola namiotowego, a nawet parkingów było dobrze przemyślane. Poza koncertami festiwalowicze mieli do dyspozycji także wiele innych ciekawych atrakcji. Można było pograć w Bubble Sockera, potańczyć na dyskotece czy wziąć udział w zabawach i konkursach organizowanych przez partnerów festiwalu. Najmłodsi również nie mogli narzekać na nudę, ponieważ organizator przygotował dla nich strefę „Kids Zone”. Jedynie doczepiłbym się do scen, które zostały usytuowanie w zbyt dużej odległości od siebie, co spowodowało, że teren festiwalu był o wiele za duży niż było to konieczne. Ale to niewielki minus, który zupełnie nie wpływa na ogólną ocenę całej imprezy.

Pierwszy dzień Kraków Live Music Festival okazał się dla wielu atrakcyjniejszy, niż kolejny i duża część festiwalowiczów wolała kupić karnet, niż bilet jednodniowy. Z kolei „One Extra Day” z Muse na czele to wisienka na festiwalowym torcie podanym przez Alter Art. Trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie krakowskiej imprezy. Co prawda, nie wszystkie zespoły stanęły na wysokości zadania, ale biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, to był naprawdę dobry festiwal, który na stałe wpisał się w mój kalendarz.

Autor: Mariusz Kapcia