Parkway Drive + Bury Tomorrow, Burning Down Alaska – Kraków (relacja)

10 sierpnia 2016 roku. Kolejna szara i ulewna środa w tym lecie. I krakowski Kwadrat, który ściągnął masę fanów metalcoru, spragnionych w deszczowym środku tygodnia ogromnej dawki australijskiej energii. Bo czego innego można się spodziewać po Parkway Drive? Ci profesjonaliści z krainy kangurów nie zawodzą polskich fanów już od dobrych kilku lat.

Koncert punktualnie rozpoczął zespół Bury Tomorrow. Fani mogli go zobaczyć kilka dni wcześniej w Poznaniu lub Wrocławiu, gdzie grał on z takimi polskimi zespołami jak Materia, The Sixpounder Mentally Blind czy April In Pieces. Po tych koncertach od kilku osób usłyszałam, że Anglicy wypadli bardzo słabo na tle naszych rodzimych kapel, dlatego obawiałam się ich występu w Kwadracie. Straszenie rzekomą beznadziejnością tego zespołu (które świadczyłoby chyba głównie o świetnej formie polskich bandów dzielących scenę z Bury Tomorrow) było jednak dość sporo przesadzone. Zespół dobrze spełnił rolę rozgrzewacza dla jeszcze niezbyt tłumnie zgromadzonej publiczności. Frontman rozkręcał się z utworu na utwór i nie miał większego problemu w nawiązaniu kontaktu z ludźmi pod sceną. Odbiór muzyki utrudniało niezbyt perfekcyjne nagłośnienie, co szczególnie było słychać przy okazji czystych wokali śpiewanych przez jednego z gitarzystów. Mimo to, zespół przypadł do gustu publice, która nawet wołała jeszcze o bisy po skończonym już półgodzinnym secie.

Jako drudzy zagrali sąsiedzi zza zachodniej granicy – Burning Down Alaska. Sam zespół graną przez siebie muzykę określa jako New Wave Hardcore. Na scenie zrobiło się tłoczniej – Niemcy grali w sześcioosobowym składzie – z dwoma wokalistami na froncie. Jeśli chodzi o samą grę, to było zdecydowanie spokojniej i bardziej melodycznie w porównaniu do Bury Tomorrow. Pojawiło się kilka przyjemnych dla ucha kompozycji, jednak widać było, że bawią się raczej jedynie wielbiciele klimatów post-hardcorowych. Osoby nieprzepadające za taką estetyką, trzydziestominutowy set mógł nieco znużyć.

Przyszedł czas na niekwestionowaną gwiazdę wieczoru, czyli Parkway Drive. Publika nie omieszkała skandować ich nazwy jeszcze zanim zespół z charyzmatycznym Winstonem McCallem na czele wyszedł na scenę. Już otwierając seta utworem Destroyer panowie podkreślili fakt, że trasa, której częścią jest krakowski koncert, promuje najnowszą płytę – „Ire”. Setlista w Krakowie nie różniła się zbytnio od tej, którą zafundowano fanom dzień wcześniej w Warszawskiej Proximie – usłyszeć można było głównie kawałki z nowego albumu, przeplatające się z kawałkami z pozostałych płyt Australijczyków. Z „Ire” usłyszeliśmy więc między innymi Vice Grip, Devil’s Calling, Writings On The Wall czy Bottom Feeder. Wydaje mi się jednak, że ze znacznie bardziej entuzjastycznym przyjęciem spotykały się stare hity zespołu, uwielbiane przez wieloletnich, wiernych fanów których nie brakowało na koncercie w Kwadracie. One odśpiewywane były nie tylko przez Winstona, ale przez dziesiątki zgromadzonych pod sceną ludzi. Z płyty „Horizons” zagrano kultowy już Carrion oraz Idols and Anchors, a z „Deep Blue” – Karmę. Jeśli chodzi o „Atlas”, dane nam było wysłuchać Dark Days oraz Wild Eyes. I to głównie na tych starszych utworach tłum pod sceną szalał, natomiast na większości z nowych kawałków tendencje były raczej skierowane w stronę chwilowego wypoczynku.

Krakowska publika miała więcej szczęścia niż warszawska – Parkway Drive udało się wywołać na bisy. Zespół zagrał jeszcze Crushed oraz spokojny, ale bardzo emocjonalny, kawałek Home Is For The Heartless, który zakończył nieco ponad godzinny występ Australijczyków.

Podsumowując koncert metalcorowców – ich występowi stanowczo nie można zarzucić braku energii, słabego kontaktu ze słuchaczami czy innych niedociągnięć. Setlista straciła jednak nieco na soczystości przez pominięcie niektórych klasyków z repertuaru zespołu (zdecydowanie zabolał brak chociażby Sleepwalkera), na rzecz promocji „Ire”, przez co podejrzewam, że spora część publiki mogła opuścić Kwadrat czując lekki niedosyt. Aczkolwiek może po prostu potrzebny był taki powiew świeżości i pozwolenie fanom na osłuchanie się z nowym materiałem na żywo.

Autor: Martyna Wiśniewska