Blind Guardian zagrali w Warszawie! (relacja)

Blind Guardian rok po ostatniej wizycie w Polsce, znowu przez 2,5 godziny nie dali wytchnienia swoim fanom, którzy spragnieni emocji i energetycznego power metalu dali się ponieść wspólnej zabawie i niezwykłej atmosferze.

To był wyjątkowy koncert! Nie tylko dlatego, że tegoroczna trasa koncertowa Blind Guardian jest zdominowana przez występy na festiwalach, więc klubowy koncert w Progresji jest swego rodzaju ewenementem, ale również dlatego, że zespół postanowił zarejestrować materiał filmowy z odwiedzin w Polsce! Co zaowocowało również istotnymi zmianami w set liście w porównaniu do zeszłorocznego gigu.

Jednak występ zaczął się tak samo – od „The Ninth Wave” z charakterystycznym, chóralnym początkiem. Publiczność, która stawiła się bardzo licznie na koncert Blind Guardian, euforycznie przywitała zespół. Już w drugim utworze usłyszeliśmy pędzące „The Script for My Requiem”, którego refren fani odśpiewali niezwykle głośno. Podobnie zresztą było podczas uwielbianego „Nightfall”. Nawet wokalista Hansi Kürsch stwierdził, że w sumie wcale nie jest potrzebny, bo i tak wszyscy znają teksty. On jest tu, aby sobie pożartować i tym tekstem rozbawił publikę, bo po prostu jest w tym ziarnko prawdy.

Blind Guardian

fot. Rafał Klęk

Niemieccy bardowie postanowili nie dać fanom wytchnienia i kontynuowali narzucone zawrotne tempo koncertu grając „Fly” oraz „Tanelorn (Into the Void)”. Pod sceną trwała żywiołowa zabawa, a wokalista zachęcał do skakania, klaskania i głośnych okrzyków. Kolejne „Prophecies”, które pochodzi z ostatniej płyty Blind Guardian zatytułowanej „Beyond the Red Mirror”, nie wzbudziło aż tak wielkiego entuzjazmu jak poprzednie kawałki, ale już „The Last Candle” pobudziło publikę to większej aktywności. Tradycyjnie po tym utworze fani odśpiewywali jeszcze kilka minut „Somebodies out there”, co oczywiście ucieszyło cały zespół.

Po kapitalnym „The Last Candle” usłyszeliśmy cztery nowe utwory w stosunku do poprzedniego koncertu. Radość ogarnęła fanów, gdy usłyszeli „Time Stands Still (at the Iron Hill)”, bo to jeden z bardziej lubianych koncertowych kawałków. Zabawa pod sceną wciąż trwała przy nieco spokojniejszym „Bright Eyes”, ale bardowie szybko powrócili do swojego oszałamiającego tempa w „Time What Is Time”, który, trzeba podkreślić, grają bardzo rzadko podczas koncertów. Dużym zaskoczeniem na set liście jest też „The Curse of Feanor” , który zespół odkrył jakby na nowo, bo grają go dopiero od dwóch lat, a przecież pochodzi z płyty „Nightfall in Middle Earth” z 1998 roku. Na koniec zagrali słynne „Imaginations from the Other Side”, które porwało publikę do emocjonalnego śpiewania, szalonego pogo i ścianek.

Gdyby to był normalny koncert to dobiegałby już końca, bo niemal dwie godziny intensywnego grania, potrafi dać solidnie w kość nie tylko publice, ale też muzykom. Jednak Blind Guardian nie mieli w planach szybkiego rozstawania się z tak fantastycznie reagującymi fanami. Kürsch nie szczędził pochwał polskiej publiczności. Te słowa nie wydają się być tylko zwykłą kurtuazją, jaką słyszymy od innych zespołów, lecz szczerą deklaracją, a roześmiane twarze członków grupy mówiły same za siebie. Tryskali humorem, jakby rzeczywiście z niecierpliwością czekali na koncert w Polsce.

Blind Guardian

fot. Rafał Klęk

Po głośnym i nieustającym skandowaniu przez publiczność „Guardian! Guardian!”, zespół wrócił na bis z brawurowym “Into the Storm”. Niespodzianką tego koncertu był utwór „The Holy Grail” z najnowszej płyty, którego Blind Guardian jeszcze dotąd nie grali na żywo. Zabrzmiał bardzo dobrze, przede wszystkim, dlatego, że klub Progresja Music Zone postarał się pod względem nagłośnienia.

Przez pół koncertu fani domagali się piosenki “Majesty”, nawet gitarzysta Marcus Siepen dołączył się do skandowania nazwy tego melodyjnego utworu, więc nie mogli go odpuścić. I było warto go zagrać, bo cała Progresja dała się ponieść wspólnej zabawie i śpiewom. Nie mogło oczywiście zabraknąć standardowego utworu „Valhalla”, który jak zwykle wybrzmiał imponująco, a po jego zakończeniu jeszcze długo wszyscy fani śpiewali jego refren. Zrobiło to piorunujące wrażenie.

I znowu publiczność głośno wywoływała zespół na drugiego bisa, nie tylko krzycząc nazwę grupy, ale również spontanicznie śpiewając: „Valhalla – Deliverance/Why’ve you ever forgotten me”. Blind Guardian powrócili szybko na scenę z „Sacred Worlds” i zostali nagrodzeni wielkimi owacjami. A potem nastąpił ten moment, na który wszyscy fani oraz sam zespół, czekali od początku, czyli „The Bard’s Song (In the Forest)”. To absolutnie wyjątkowa chwila, w której wszyscy w klubie siadają na parkiecie i wspólnie odśpiewują słowa utworu. Klimat tej ballady jest tak niesamowity, że Hansi Kürsch niemal odpuścił śpiewanie (ograniczył się do kilku wersów). „The Bard’s Song (In the Forest)” wybrzmiał przepięknie w wykonaniu polskich fanów. Cieszy jeszcze bardziej fakt, że wszystko to zostało nagrane przez czujną ekipę filmową rejestrującą wydarzenie, więc będzie, co wspominać. Tradycyjnie w finale rozbrzmiał „Mirror Mirror”, który zakończył ten niesamowity koncert burzą oklasków i wzajemnymi podziękowaniami, gdzie Niemcy nawet pozowali z biało-czerwoną flagą na scenie.

Blind Guardian

fot. Rafał Klęk

To był znakomity wieczór, podczas którego usłyszeliśmy rzadziej grane utwory obok tych najbardziej znanych i kochanych. Atmosfera w środku Progresji była gorąca i to nie tylko ze względu na falę upałów przetaczających się przez kraj, ale też żywiołową postawę publiczności. Polscy fani są niezwykle oddani Blind Guardian i znowu pokazali, że potrafią się fantastycznie bawić. Zespół nie pozostał im dłużny i także dawał z siebie wszystko przez te 2,5 godziny. Koncert wart każdej wydanej złotówki na bilet. Było fenomenalnie, a występ pozostanie na długo w pamięci wszystkich fanów.

Na koniec wspomnę jeszcze, że jako support Blind Guardian, znowu zagrał zespół Sopor. I podobnie jak rok temu, grupę wspomogli na wokalu Ryszard Wolbach i Marcin Kołaczkowski, którzy urozmaicili nieco występ Poznaniaków. Jednak nie wzbudzili większego aplauzu wśród publiczności, ale na wyróżnienie na pewno zasługuje skrzypaczka Karolina Kaiser-Cichocka, która dobrze koncentrowała na sobie uwagę przede wszystkim męskiej części publiczności. Na koniec koncertu również zagrali świetną wariację motywu „Imperial Marsh” z „Gwiezdnych Wojen”. Mimo wszystko, chciałoby się usłyszeć jednak coś nowego i bardziej porywającego w wykonaniu Sopor.

Autor: Magda Muszyńska